Ostatnio wraz z żoną bawimy się w tłumaczenie programów z różnych języków na trochę bardziej przystępny. O ile w moim wypadku ogranicza się to do przerabiania obrazków i czcionek bitmapowych, o tyle żona dorwała program, który grafikę trzyma we własnym formacie. Na szczęście udało się go przekodować do TGA.
Niestety, nie wszystko było takie proste - okazuje się, że po zapisaniu zmian w pliku i odpaleniu programu dookoła zmian wyświetlają się kolorowe tła. Niby tak właśnie Photoshop Elements ów plik otwierał i naiwnie założyłem, że sam program ma gdzieś zakodowany kolor przeźroczystości dla danej bitmapy.
Pierwsza podpowiedź co się dzieje przyszła, gdy oryginalny plik TGA otworzyłem w Irfan View. Poniżej przykład pliku w Irfan i Photoshop:

Podpytanie grafików w pracy nic nie dało. Na szczęście Google nie zawiódł! TGA w odróżnieniu od PNG czy GIF nie używa konkretnego koloru czy wartości Alpha z RGBA do uzyskania przeźroczystości lecz stosuje maskę Alpha. W Photoshop CS przehodzimy na zakładkę "Kanały" (Channels) i wybieramy warstwę Alpha - teraz pracujemy jak na normalnej masce.
Wszystko fajne - ale jako że nie używamy z żoną Photoshop CS tylko Elements pojawił się problem - w Elementsie nie można edytować Kanałów, a już na pewno nie kanału Alpha. Na szczęście Google nie zawodzi - by uzyskać podobny efekt w Photoshop Elements należy:
- Otworzyć interesujący nas plik TGA
- Wybrać Select > Load Selection
- Z listy wybrać "Alpha 1" i tryb Replace
W ten sposób pojawi nam się nowe zaznaczenie będące odpowiednikiem kanału Alpha - wszystko to, co jest NIE zaznaczone będzie traktowane jako przeźroczysta część obrazka. Zostaje nam tylko zmodyfikować maskę i analogicznie:
- Wybrać Select > Save Selection
- Z listy wybrać "Alpha 1"
W ten prosty sposób żona jest podwójnie szczęśliwa - może edytować sobie pliki i wszystko działa oraz zaoszczędziła minimum 2.000 PLN potrzebnych na zakup Photoshopa CS :-)
URL Trackback
Odchodząc od tematyki głównej pozwolę sobie opisać w paru słowach gry, które ostatnio przyszły do nas w paczkach z różnych części świata - od Warszawy, przez Stany w Chinach kończąc.
Ci, którzy znają osobiście mnie i moją żonę - albo chociaż wyczytali w sieci - wiedzą, że aktywnie gramy w gry muzyczno/rytmiczne - głównie Dance Dance Revolution. Dla nie znających - gra, w której zadaniem gracza jest wciskanie w rytm muzyki odpowiednich paneli na macie rozkładanej na podłodze. Po dodatkowe informacje zapraszam na DDR Polska albo YouTube. Gry tego typu wymagają specjalnych kontrolerów, a jeżeli chcemy mieć dobrej jakości kontrolery to po pierwsze musimy sięgnąć poza nasz kraj, a po drugie musimy mieć głęboki portfel (głównie z powodów horrendalnych cen przesyłki paczek. Nie przynudzając - zobaczmy co tam przyszło:
Pump It Up: Exceed - gra jest podobna do wspomnianego już Dance Dance Revolution - pierwszą zauważalną różnicą jest zupełnie odwrotny układ maty - cztery skosy i środek.
W wersjach domowych gra dostępna jest na PC oraz PS2 i Xbox. Z uwagi na brak kompatybilności wstecznej Xbox - Xbox 360 zakupiliśmy na eBay wersję na PS2 z dwoma matami - jedną oryginalną, jedną od firmy 3ciej. Obie maty wyglądają prawie tak samo - różnią się tylko logami. Spód maty oryginalnej pokryty jest warstwą antypoślizgową - niestety, w naszym przypadku skutkuje to tym, że mata strasznie się marszczy przy szybszych kawałkach. No ale cóż - szmacianka, automat to to nie jest.
Maty za to doskonale nadają się do trenowanie Freestyle / Nightmare (jeden gracz tańczy na obu matach).
Guitar Hero Aerosmith - gry przedstawiać raczej nie muszę - agresywna kampania i dobry product placement umieścił ją już na dobre w naszych głowach ;-)
Wielkimi fanami Aerosmith nie jesteśmy, ale na Ultima.pl jest zadziwiająca promocja - gra, z dwiema gitarami dostępna za niecałe 200zł (214 z wysyłką), a że gitary działają z innymi grami tej serii jest to doskonały wybór.
O ile gra jest stosunkowo prosta na poziomie Easy o tyle na poziomie Medium często zdarza mi się zauważyć, że moje palce nie mają prawa wyginać się w ten sposób ;-)
Wykonanie samej gitary - na pierwszy rzut oka wyglądającej jak tania zabawka z dzieciństwa - jest całkiem dobre, dobrze leży w ręku i nie sprawia wrażenia, jakby miała się zaraz rozpaść. Szkoda tylko, że gry z tej serii cechują się długim czasem ładowania kolejnych piosenek.
Taiko no Tatsujin / Taiko Drum Master - a to akurat coś, co nie dużo osób miało przyjemność pomacać ;-) TnT to gra muzyczna, w której gracz wciela się w rolę bębniarza i musi wygrywać rytm na plastikowym bębenku.
Idealna oprawa dźwiękowa i wizualna utrzymana w mangowych klimatach jest po prostu powalająca i nadaje grze unikatowy charakter - jeżeli będziecie mieli okazję zagrać w grę na jakimś konwencie - serdecznie polecam. Wersja japońska jest zdecydowanie lepsza od anglojęzycznego odpowiednika :-)
Czy mówiłem już, że Don i Katsu są wypas? :D
Para Para Paradise - może nie jest to zakup ostatnich miesięcy (raczej lat...). Z okazji zakupu PIU w wersji NTSC pojawiła się w końcu potrzeba przerobienia Playstation tak by mogła odpalać importy. Co za tym idzie pierwszy raz miałem okazję zagrać w PPP które przez długie lata zbierało kurz w szafce.
Niestety, nie mam zdjęcia bo właśnie tam wróciło :D Ale przyjdzie i na nie czas - niestety, mała ilość powierzchni poziomej w pokoju powoduje konieczność podejmowania kompromisów (tak, właśnie dlatego mata do PIU widoczna na pierwszej fotce wisi na wieszaku na drzwiach).
Pozostaje jeszcze tylko poczekać aż znajomy zmontuje mi kontroler do na-razie-tajemnica, i kupić sobie Pop'n Music w wersji na PS2. DJ Hero na razie do mnie nie przemawia, a na pełen zestaw do Guitar Hero / Rockband nie mam miejsca w mieszkaniu ;-)
URL Trackback
Ten wpis ma raczej rodzaj notki dla siebie na przyszłość niż jakiegoś objaśnienia jak poprawnie stosować HTTPS.
Już drugi raz zdarzyło mi się, że mimo iż HTML wyglądał poprawnie Internet Explorer 6 zgłaszał problemy z nie zaufanymi treściami na witrynie. Pierwszy odruch - pewnie jakiś klient wstawił obrazek z innego serwera i na sztywno linkuje do http://serwer.
Niestety, nic z tego - IE w swojej łasce nawet nie powie nam czego nie załaduje. Zostaje grzebanie ręczne - eliminowanie po kolei kawałków HTML i sprawdzanie co nam psuje szyki.
Jak się okazuje, niebezpieczeństwem dla IE jest NASZ komputer a dokładnie <iframe>, który jest mi potrzebny do małych magicznych tricków, a który jako domyślnie podany src ma ... about:blank. Tak, about:blank nie jest poprzedzone https:// więc traktujemy jako niebezpieczną witrynę.
Rozwiązanie na szybko? Zrób plik pusty.html i niech to on domyślnie ładuje się w ramce. Niestety - jeden minus - IE podwójnie wyświetli komunikat o certyfikacie - raz dla strony, raz dla treści w ramce. Niby można tworzyć <iframe> dynamicznie przez JS, ale miało być rozwiązanie na szybko.
URL Trackback